Test na 100%

Po wielkich trudach postanowiłam zabrać się do napisania kolejnej części opowieści. Tak wiem ostatnio was moimi słowami nie rozpieszczałam. Wierze, że brak Wam tego. Jak zawsze zastanawiam się od czego zacząć.

 

Minęło już chyba 2 tygodnia od ostatnich moich wywodów. To był najbardziej intensywny czas jaki przeżyłam podczas tego wyjazdu. Pomimo wojny, chyba najgorszego jej stadium ja byłam najbardziej aktywna. Spięłam się w sobie i potrafiłam pogodzić wszystkie swoje obowiązki z przyjemnościami, których ostatnio pojawiło się sporo.

Zacznę może od szkoły. Nie chwaląc się miałam kolejny test z którego dostałam 100% punktów. Sama w to uwierzyć nie mogłam, a co gorsze nikt nie wierzył mi na słowo. Siostry śmiały się ze mnie i kazały pokazać dowód na papierze. Nie ma to jak głęboka wiara w drugiego człowieka. Czy ja jestem tak mało wiarygodna? Czy mi nie można ufać? Na szczęście pracę zabrałam do domu więc wszystkim mogłam pokazać wynik. Podobno błogosławieni Ci, który nie widzieli a uwierzyli, no ale siostry uważają, że w tym przypadku ta zasada nie obowiązuje. W ostatnim czasie po raz pierwszy zdarzyło mi się mieć kryzys na zajęciach. Poczucie senności i chęć ucieczki ze szkoły. To nie było dobre, ale kryzys prawie przetrwałam. Nie licząc jednego dnia podczas którego urwałam się z ostatniej godziny by udać się w podróż do Tel Awiwu (o tym później). Na ulpanie jak to w szkole, nauka, zajęcia, dużo zadań domowych. Ludzie się trochę zmienili. W czwartek pożegnał nas Jeff, sympatyczny, duży, czarno skóry Amerykanin. Niestety wakacje już mu się skończyły i musiał powrócić do swojej rzeczywistości. Jedni wyjeżdżają, ale za to przyjeżdżają inny. Pojawiła się Niemka i Pan z Londynu koło 60-tki. Oboje bardzo sympatyczni. Nie pamiętam czy ostatnio Wam pisałam o Polaku na ulpanie. Podczas imienin siostry przełożonej dowiedziałam się, że jeden z księży chodzi na ulpan ale na poziom bet. Czaił się i dlatego, nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Poznałam go i w ostatnim tygodniu na korytarzy ulpanu, każdy mógł usłyszeć piękną polszczyznę w naszym wykonaniu. Ponieważ ksiądz Andrzej jest jeszcze większą gadułą niż ja możecie sobie wyobrazić co tam się działo. Niestety w tym tygodniu wyjeżdża do USA. Od poniedziałku wydłużył mi się czas siedzenia na zajęciach. Nasze nauczycielki stwierdziły, że się nie wyrobią z materiałem i postanowiły póki co wydłużyć nam czas lekcji o pół godziny. Zobaczymy co będzie dalej. Niektórzy spekulują, że jesteśmy tępi i stąd ciężko z nami wyrobić z materiałem, inni mnie pocieszają mówiąc, że takie tępych jak oni to nikt na ulpanie nie pamięta. Ja tam wcale nie uważam, by szło nam źle. Robimy wszystko w dobrym tempie, chociaż ostatnio dużo uwagi poświęciliśmy gramatyce, a co za tym idzie trzeba było bardzo dużo ćwiczyć, bo to nie takie proste. Ja nie mogę uwierzyć, że czas tak szybko leci i już za ponad miesiąc nie będę spotykała się na zajęciach np. z moją kochaną Rywką lub Vładiją. Teraz mam z nich tyle radości i śmiechu. Wszyscy już teraz rozumieją, że przyjechali się uczyć hebrajskiego więc podczas naszych rozmów staramy posługiwać się tylko hebrajskim. Czasami wytłumaczenie czegoś pochłania dużo czasu, ale za to jest bardzo zabawnie. Jeśli człowiek tylko chce i musi poradzi sobie w każdej sytuacji. Czasami ktoś mówi zdanie po hebrajsku wciskając angielskie słowo. Ostatnio na przerwie pisałam po polsku smsa, staliśmy w kilka osób i wszyscy oburzeni moim zachowaniem powiedzieli jak już piszesz to przynajmniej nam przeczytaj. Nie pomyśleli, że pisze po polsku więc ja mówię nie ma problemu, przed wami nie mam żadnych tajemnic i na głos czytał smesa. Wszyscy żałowali, że na mnie naskoczyli i czepiali się tego co robią. Nie wiem czemu nikt z nich nie rozumie polskiego a co najgorsze nikt nie chce się uczyć naszego pięknego języka. O tyle o szkole.

Tel Awiw (wersja o cenzurowana). Po miesiącu pobytu w Izraelu po raz pierwszy udałam się do tego pięknego miasta. Tak wiem nigdy nie lubiłam tego miasta. Zmieniłam zdanie. Plaża jest cudowna i atmosfera też. Świeża bryza z nad morza, które jest o wiele czystsze niż w zeszłym roku jest cudowna. Mogłabym siedzieć tam godzinami i nie ruszać się z leżaczka popijając zimne piwko w dobrym towarzystwie. Zanim jednak do tego doszło, spotkałam się z Panem Jakubem, z którym już od pewnego czasu pisze maila i on był tak uprzejmy, że oprowadził mnie po Jaffie. W zeszłym roku byłam w tym uroczym miejscu tylko kilka minut, Przesiadając się z taksówki do autobusy. Tym razem było zupełnie inaczej. Mogłam wszystko dokładnie oglądnąć. To małe miasteczko wchodzące w Tel Awiw ma swój cudowny urok. Jest trochę zaniedbane, chociaż widać, że zaczęli już wiele w tym kierunku robić. Z tarasu widokowego w Jaffie widać przepięknie Tel Awiw, a przede wszystkim pas nad morski. Och, ach to piękny widok. Ale przejdę do najważniejszego, do plaży. Przyszłam na nią i postanowiłam siąść na leżaczku należącym do jednego z barów. Szybko pojawiła się kelnerka, która po pierwszym spojrzeniu uznała nas za Polaków i zaczęła z nami gadać w naszym pięknym narodowym języku. Kto by pomyślał, że na plaży 10 tysięcy kilometrów od domu, można być tak nie anonimowym.

Tak myślałam, ale teraz już wiem, że Izrael nie jest dobrym miejscem ku temu. Wszędzie są Polacy nawet i tutaj, a co najgorsze każdy zna każdego.

Ciąg dalszy nastąpi...obiecuje